Słów kilka o jakości kształcenia

Oj chyba w tym przypadku miałem rację.

Wszystkie wskaźniki rozwoju cywilizacyjnego plasują Polskę daleko za krajami wysokorozwiniętymi. Jest tylko jedna dziedzina, w której szybko nadrobiliśmy dystans, a nawet prześcignęliśmy czołówkę. W ciągu 10 lat tzw. współczynnik skolaryzacji wzrósł z około 11 do ponad 38%. Oznacza to, że prawie 2/5 młodzieży w wieku 19-24 lat studiuje w szkołach wyższych. Dobrze to czy źle? Optymista powie - dobrze, bo wiedza jest kluczem do przyszłości, malkontent spyta o poziom tej wiedzy. Dyskusje o jakości kształcenia toczą się właściwie od czasu powstania szkół wyższych. Niestety w Polsce dyskusja jest niemrawa, toczy się w specjalistycznych czasopismach, tak jakby sprawa jakości absolwentów była problemem marginalnym, interesującym tylko fachowców. W prasie o szerszym zasięgu znajdziemy rankingi szkół wyższych (gdzie sprawa jakości kształcenia jest jednym z mało istotnych, bo trudno wymiernych czynników), czasem jakiś pojedynczy artykuł, a upubliczniony raport NIK wzbudza co najwyżej pozamerytoryczne emocje. Sprawa staje się tym poważniejsza, że gwałtownie rośnie liczba studiującej młodzieży, a trudno przypuścić, by - w tym przypadku - ilość przechodziła w jakość. Stąd, jak rozumiem, pytanie Aleksandra Małachowskiego zadane w Przeglądzie. Spróbujmy się zastanowić, przynajmniej nad niektórymi, problemami związanymi z jakością kształcenia.
Może pamiętają państwo powiedzonko z lat 70. i 80.:

W każdej wsi - WSI

Wyższe Szkoły Inżynierskie zamieniły się w dostojne Politechniki, a to, co wtedy się nie udało, dzisiaj realizowane jest na potęgę: nowe szkoły, filie, oddziały zamiejscowe, legalne i nielegalne wyrastają jak grzyby po deszczu. Każde większe miasteczko, jeśli nie jest położone kilkanaście kilometrów od dużego ośrodka uniwersyteckiego, ma ambicje posiadania choćby filii mniej lub bardziej znanej uczelni. Z jednej strony to dobrze, bo większość chcącej studiować młodzieży z małych miasteczek i wsi nigdy nie pójdzie na studia do dużego miasta (rzecz jasna ze względów finansowych). Bezpłatne studia dzienne daleko są droższe niż płatne studia zaoczne w pobliżu. O jakości kształcenia się nie wspomina. Nie ma jeszcze u nas zjawiska, że to nie dyplom się liczy, lecz szkoła, którą się skończyło. Niedługo tak będzie. Pytania w rodzaju „co warto studiować, aby być bogatym?” są bez sensu. Mówienie młodym ludziom, że studia są gwarantem dobrej pracy, już właściwie nie jest prawdą. Studia dają co najwyżej szansę na zrozumienie rzeczywistości: przy 14% bezrobociu rynek pracy nie jest w stanie wchłonąć 40% młodzieży z wyższym wykształceniem. Wkrótce będziemy mieć magazynierów, kasjerów, sklepowe i... bezrobotnych po studiach. Overeducated - tak nazywają ich w Stanach. To może budzić frustracje. Tylko najlepsi z najlepszych uczelni mają szansę na karierę. Reszta płaci za mało warty dyplom oddalając o parę lat widmo bezrobocia.

Nie ulega wątpliwości, że przeżywamy

Edukacyjny boom

Świadczy o tym dynamicznie rosnąca liczba studentów i szkół wyższych.

Tabela 1. Uczelnie wyższe w latach 1990-1999

Rok
1990
1992
1994
1995
1997
1998
1999
Ogółem [w tym]
112
124
160
179
246
266
279
państwowe
112
106
124
99
100
108
107
niepaństwowe
0
18
36
80
146
158
172

Tabela 2. Studenci w latach 1990-1999 [tys.]

Rok
1990
1992
1994
1995
1997
1998
1999
Ogółem [w tym]
403,8
495,7
682,2
794,6
1091,8
1 274,0
1 462,2
państwowe
403,8
477,4
632,6
705,2
865,0
942,5
1 048,8
niepaństwowe
-
16,2
49,6
89,4
226,8
331,5
413,4
dzienne
311,7
359,6
426,7
454,7
539,7
592,2
657,5
zaoczne*
92,1
136,3
255,5
339,9
552,1
681,8
805,7
* razem z wieczorowymi i eksternistycznymi
żródła: roczniki statystyczne GUS

Dwa zjawiska są charakterystyczne: przyrost liczby uczelni niepaństwowych oraz gwałtowna zmiana struktury kształcenia na korzyść studiów zaocznych. Niestety oba te zjawiska odbijają się negatywnie na jakości kształcenia. Poziomu studiów dziennych - tam, gdzie nie postawiono na masowość - nie musimy się wstydzić. Wiem to z własnych obserwacji: wykładowcy z krajów zachodnich są niemalże zachwyceni wiedzą i umiejętnościami naszych studentów, a oni sami doskonale sobie radzą podczas studiów za granicą.

Uczelnie niepaństwowe stały się ostatnio popularnym chłopcem do bicia - i MEN i władze uczelni państwowych powszechnie narzekają na niski w nich poziom kształcenia. Tymczasem za jakość kształcenia są przede wszystkim odpowiedzialne uczelnie państwowe i ich pracownicy. A to z prostego względu: 70% młodzieży studiuje w tychże uczelniach, a większość z pozostałych 30% jest nauczana przez pracujących na etacie lub zleceniu wykładowców uczelni państwowych.

Problemy i mity

Obrazek 1.
Duża uczelnia państwowa wynajmuje halę sportową w celu prowadzenia wykładów na studiach zaocznych. Ponad 600 studentów płci obojga - pośród specyficznego smrodku, którym nasiąkają tego typu obiekty - słucha wykładu adiunkta Z. Mikrofon i głośniki - to jedyne pomoce dydaktyczne; tablicy nie ma, a zresztą nawet gdyby była, to ci z końca sali i tak niczego by nie zobaczyli. Stąd Z. czyta książkę profesora X. Monotonny głos wykładowcy i ciepło usypiają studentów. Jakość kształcenia? Nikt nie ukrywa, że połowa z obecnych pójdzie na odsiew w pierwszym, najdalej - drugim semestrze. Jednak opłatę - i to niemałą - trzeba uiścić za rok z góry. Aby zyski uczelni były jak największe, w planie studiów przewidziano na pierwszym roku same wykłady. Za rok przyjdą następni i zapłacą. Biznes potoczy się dalej.

Obrazek 2.
Profesor Y. zamyka książkę: garstka apatycznych studentów opuszcza salę komentując pod nosem „wspaniały” wykład. Profesor spogląda na zegarek – za pół godziny rozpoczyna zajęcia w uczelni (również państwowej), gdzie ma drugi etat. Jutro zaś początek Tour de Pologne: Tarnów, Rzeszów, Przemyśl - wykłady w szkołach prywatnych, piątek - filia macierzystej uczelni w Busku, sobota i niedziela do południa - zajęcia na studiach zaocznych znowu u siebie. Najsprawniejszy komiwojażer mógłby u Y. pobierać lekcje. Słaba dydaktyka? No i co z tego, najważniejsze że Y. przeczytał w zeszłym roku 3 fachowe książki, a wydał 4 – nic to, że różnią się tylko tytułami i wydawcami-uczelniami.

Te dwa obrazki - zaręczam, że bliskie prawdy - ilustrują największe problemy dydaktyki w uczelniach wyższych.

Jaka płaca, taka praca. Fakt: zarobki na wyższych uczelniach nie zwalają z nóg. Czy zatem w uczelniach niepaństwowych, które przecież płacą dobrze, jakość pracy jest lepsza? Nie. Tam pracują ci sami ludzie, którzy źle pracują w swojej macierzystej uczelni. Nie ma szans, by gdzie indziej uczyli lepiej.

Wieloetatowość. Niskie płace, więc drugi etat, trzeci i następny oraz fuchy. Nie ma czasu na zawracanie sobie głowy jakością dydaktyki. Boom napędzają również powstające szkoły niepaństwowe, które - w myśl przepisów - muszą mieć 5 doktorów habilitowanych, by utworzyć kierunek. Przemęczony komiwojażer nie ma szans porwać studentów swoimi zajęciami. Prace poza macierzystą jednostką są jak najbardziej wskazane: prace na rzecz gospodarki, instytucji kulturalnych, samorządowych itp. U nas jest to najczęściej praca na rzecz innej uczelni, nierzadko konkurencyjnej w stosunku do własnej. Tymczasem wiedza nie poparta praktyką nie jest wiele warta. Wykładowca finansów, który w życiu nie wykonał analiz finansowych dla dużego przedsiębiorstwa czy wykładowca dziennikarstwa, który nigdy nie napisał felietonu - nie mogą być dobrymi dydaktykami.

Brak mechanizmów wymuszających jakość, do których należą akredytacja i system oceny pracowników. Licencjonowanie - zresztą niekonsekwentne - nie zdaje egzaminu. Prace nad systemem akredytacji polskich uczelni ślimaczą się już od 6 lat i końca im nie widać, tymczasem taka okresowa ocena nastawiona nie na karanie lecz usprawnianie - jest nieodzowna. Równie anachroniczne jest podejście do oceny pracowników. W poważnych firmach oceny pracowników przeprowadzane są raz w roku, w uczelniach - najczęściej co 4 lata. Nie jest to zresztą żaden system, tylko jednorazowa - traktowana mało poważnie - akcja, w której dydaktykę ocenia się stopniem wypełnienia tzw. pensum. Dobrze skonstruowany system oceniania, prowadzony systematycznie, miałby kapitalne znaczenie motywacyjne i z pewnością przyczyniłby się do podniesienia jakości kształcenia. Elementem takiego systemu musiałaby być obowiązkowa ocena zajęć przez studentów (dziennych i zaocznych). To nieraz przykra lektura, ale - w normalnym układzie - dopingująca. Równie istotnym elementem powinien być tryb zwalniania z pracy tych, którzy nie wywiązują się należycie z obowiązków dydaktycznych.

Niska ranga dydaktyki. W Polsce liczy się wyłącznie tytuł i formalny dorobek naukowy - wybitny dydaktyk i/lub praktyk nie ma szans awansowania w hierarchii zawodowej, jeśli nie zrobi habilitacji (tak się właśnie mówi: zrobić habilitację). Tymczasem masowe nauczanie nie może opierać się na wybitnych naukowcach (zresztą ilu takich jest?), lecz na dobrze przygotowanej dydaktycznie kadrze nauczającej. A z tym nie jest najlepiej, bo cechuje ją
słabe przygotowanie do dydaktyki. Kursy, szkolenia, ustawiczne podnoszenie kwalifikacji dydaktycznych, nowe techniki nauczania, psychologia, praktyka komunikacji, retoryka - nie, naukowcom do szczęścia nie jest to potrzebne. Więc cóż się dziwić, że żona kanclerza, bez żadnego wykształcenia, jest wykładowcą w niepaństwowej uczelni. Efekt przecież jest taki sam, gdy wybitny specjalista, lecz bez talentu dydaktycznego, wykłada swój przedmiot. Niektórzy (mało ich, oj mało) mają ten talent wrodzony, reszta powinna nad nim ciężko pracować.

Zła organizacja systemu kształcenia. Tyle się mówi o wielostopniowym systemie studiowania, ale i tak najbardziej liczy się magister. To nieporozumienie, by wyższa szkoła w jakiejś pipidówce, bez odpowiedniej kadry i bazy materialnej (laboratoria!) kształciła na poziomie magisterskim. W skład systemu powinny wchodzić dwa, zasadniczo odmienne, rodzaje szkół:

Teoretycznie tak to u nas wygląda, ale te pierwsze - chcą uczyć na poziomie magisterskim, a te drugie - na wszystkich poziomach. MEN nic nie robi, by jakoś okiełznać te niezdrowe apetyty.

Tryb zaoczny nie powinien być prowadzony na poziomie magisterskim. Sam w sobie tryb zaoczny jest dobrym sposobem zdobywania wiedzy dla ludzi pracujących - niestety w polskim wydaniu jest to sposób patologiczny. Programy dla studiów zaocznych to z reguły około połowa godzin studiów dziennych, bo więcej fizycznie nie da się zrobić. Praca w domu i bibliotece jest fikcją, bo nie ma czasu i miejsc (proszę porównać liczbę miejsc w czytelniach z liczbą studentów); zresztą nie jest to potrzebne. Student kseruje rozdziały ze skryptów i uczy się od kreski do kreski. Dochodzi do tego, że większość studentów w ciągu całych studiów nie czyta żadnych fachowych książek. Masowość dobrze sprawdza się przy produkcji dóbr powszedniego użytku, przy kształceniu - jakoś nie bardzo. Wyjściem może być wydłużenie czasu studiów zaocznych o 1-2 lata, bo albo jakość albo po łebkach. Wtedy - być może - udałoby się zrealizować taki sam materiał jak na studiach dziennych, bo przecież dyplomy są takie same.

Poruszyłem tylko niektóre problemy związane z jakością kształcenia; z pewnością nadszedł czas na poważną dyskusję i poważne działania. Czy zatem jest nadzieja na podniesienie poziomu kształcenia w polskich uczelniach? Przyznam się, że jestem umiarkowanym pesymistą: musiałoby się dużo zmienić w otoczeniu i nas samych, by doszło do poprawy. A tych zmian nie widać, np. jakoś przycichła dyskusja nad nową Ustawą o szkolnictwie wyższym. Może wymuszą je nieunikniony spadek chętnej do studiowania młodzieży oraz integracja z Unią Europejską. Chociaż.... tam też nie jest tak różowo z dydaktyką, jak się niektórym wydaje.

Bolechowice, 2000