Krakowskie ulice 2017

Idę sobie Krupniczą,
jest byczo.
Potem Kanoniczą,
też jest byczo.

W podłym szaleństwie
wpadam na Szewską,
wycieram w rękaw
mordę zdradziecką.

Brudne mam myśli,
nic, że to Czysta,
ja – wszawy złodziej
i komunista.

Nieprzejednany
przemykam Złotą.
Rząd obaliłbym,
z wielką ochotą.

Plugawym warchoł,
bowiem na Krętej
knuję przeciwko
Ojczyźnie Świętej.

Kanalia ze mnie
Wyłazi na Grodzkiej:
„klarnety!” – wrzeszczę
na zera pisowskie.

Wokół Rynku
cisza złowieszcza,
obsikuję pomnik
Narodowego Wieszcza.

W oddali widać
dymy Nowej Huty,
a ja wciąż totalny
i wciąż zapluty.

Nie, nie ma przebacz,
nie ma tu dla mnie nieba.
Oczywistość to oczywista,
wszak jam
liberał,
demokrata
i
cyklista.


               Bolechowice, wrzesień 2017