ZB    Teatrzyk Zielony Biznesman przedstawia farsę w 3 odsłonach pt.

Dziekan Wielebny szuka oszczędności

Udział biorą: dziekan Wielebny, prodziekan Cykor, prodziekan Cyk, prodziekan Rymcykcyk raz gościnnie - Tajemniczy Osiołek. Rzecz dzieje się na bliżej nieokreślonym wydziale bliżej nieokreślonej uczelni.

Scena 1

W gabinecie Wielebnego.

Dziekan Wielebny (przerzucając jakieś papiery): No i widzicie, no i widzicie. Znów rachunki za papier, tenory, koperty. No, a to co!? Książka! Ten Jeziorny chyba zwariował: na co mu te książki?

Prodziekan Cykor (zdziwiony): Chyba książki są potrzebne na wydziale.

Dziekan Wielebny (czerwieniejący): A po co? Ja mam jednego Kotlera i mi starczy na wszystkie wykłady. Z marketingu, z marketingu przemysłowego, ubezpieczeń, usług, dupczenia i czego tam jeszcze. A co to my jesteśmy instytucja charytatywna? Niech kupują za własne pieniądze.

Prodziekan Cyk (rozglądając się bezradnie): No jakże tak - za własne?

Dziekan Wielebny (wzburzony): A za własne! O, nie! Widzę, że muszę tu poszukać oszczędności.

Tajemniczy Osiołek: w skupieniu ogląda kolejny rachunek za imprezę Społecznej Rady Wydziału.

Dziekan Wielebny (wstaje podniecony): Tak! Idę szukać oszczędności. Oto wyzwanie godne prawdziwego mężczyzny. Niebezpieczne. Karkołomne. Ale zapewniam was, że wytrwam. Praszczajtie drugi. Droga będzie trudna, więc dla dodania sobie otuchy, wezmę tą oto flaszkę ulubionej whiski.

Tajemniczy Osiołek: ładuje pośpiesznie do kieszeni siano i rusza żwawo za dziekanem.

Prodziekani (chórem): Żegnaj, Wasza Przemęskość. Przyrzekamy, że będziemy wiernie czekać.

Scena 2

Po tygodniu. Do gabinetu wchodzi brudny, zarośnięty Wielebny. Marynarka i spodnie – potargane. Z kieszeni wystaje pusta butelka. Za nim wchodzi zadowolony Tajemniczy Osiołek merdając ogonkiem.

Prodziekani (chórem): Cóż się wydarzyło, Nasza Przewspaniałość.

Dziekan Wielebny (obciągając marynarkę): Oooo, wiele. Przeszedłem siedem gór i siedem lasów. I przepłynąłem siedem rzek. Widzicie, jaki jestem zdrożony.

Prodziekani (chórem): Widzimy, Wasza Zdrożoność. Ale co dalej, co dalej?

Dziekan Wielebny (wzdychając): Aż w ciemnym lesie napotkałem czarownicę. Duży nos, mały cyc, i dupa też jakaś mała. Wypiliśmy tą oto moją flaszkę (tu wyciąga z kieszeni pustą butelkę) ulubionej whiski. I cóż za czary! Zgrabny nos, duży cyc, i dupa, że ho, ho. Cóż było robić – porozmawialiśmy jak dziekan z czarownicą. O, widzicie te ślady na plecach?!

Tajemniczy Osiołek: czerwieni się na myśl o nocnych rozmowach.

Prodziekani (chórem): Ooooo! I co, i co?

Dziekan Wielebny (tryumfalnie): W końcu przekazała mi receptę na oszczędności.

Prodziekani (chórem): Słuchamy z uwagą, Wasza Oszczędliwość.

Dziekan Wielebny (wydymając wargi): Oto słowo dziekańskie.

Tajemniczy Osiołek: przykuca z wrażenia.

Scena 3

Trwa kolegium.

Dziekan Wielebny (podniecony): Przede wszystkim – centralizacja. Chcę wiedzieć o każdym zakupie. Musi być prośba o zamówienie na każdą rzecz podpisana przez kierownika jednostki; jeśli zatwierdzę – można kupować. Każdy spinacz, każdy ołówek czy tenor.

Prodziekan Rymcykcyk (z niedowierzaniem): Ale to strasznie wydłuży procedurę.

Dziekan Wielebny: No cóż, nie ma róży bez ogrodu.

Prodziekan Cykor: No i co dalej.

Dziekan Wielebny: Widzicie tą kartkę.

Prodziekani (chórem): Widzimy, Wasza Centralność.

Dziekan Wielebny: Widzicie, ale nic nie rozumiecie! Co widzicie?

Prodziekani (chórem): Zapisana z dwóch stron.

Dziekan Wielebny (z politowaniem): Oj, wy byście nawet zdrowej dupy z dwóch kroków nie dojrzeli. Z dwóch stron! Dobre sobie. A odstępy? Przecież ona jest w połowie niezapisana! Pusta po prostu. Ile tu jeszcze treści można zmieścić. Od dzisiaj nie wolno wyrzucać takich kartek na makulaturę, bo wprowadzam obowiązek pisania między wierszami.

Prodziekani (chórem): To wspaniały pomysł, Wasza Pustość.

Dziekan Wielebny (zadowolony): Oczywiście, oczywiście. Rzecz jasna, kartkę wyrzucić można dopiero po złożeniu podania podpisanego przez kierownika jednostki, po moim pisemnym pozwoleniu.

Tajemniczy Osiołek: Kurcze, że też ja jadłem takie w połowie puste porcje siana.

Dziekan Wielebny (zapalając się coraz bardziej): No i oszczędności w bibliotece. Chodzi o to, by wszystko pięknie wyglądało, gdy oprowadzam gości, ale żeby nie wydawać pieniędzy na książki. Więc co zrobimy?

Prodziekani (chórem): Co zrobimy, Wasza Oczytaność?

Dziekan Wielebny (tryumfalnie): Ha, każemy Kłosowi spreparować same grzbiety książek; rozumiecie na półkach będą same okładki! Przecież moi goście nie sięgają po książki.

Prodziekan Cykor: Ale studenci...

Dziekan Wielebny: A co mi tu dupę zawracasz studentami! Goście się liczą. A studentom najwyżej zabronimy korzystać z biblioteki. Zresztą wystarczą im nasze wspaniałe wykłady. Ooo widzisz, i frekwencja na wykładach wzrośnie. To się nazywa dialektyka.

Prodziekan Rymcykcyk: A pracownicy?

Dziekan Wielebny: Mają Internat. Ten jest za darmo, dzięki bogu. Tylko muszę jeszcze wymyślić, jak z tego korzystać bez komputerów.