40 lat za nami Organizacji i Zarządzania Przemysłem AGH

W maju 2014 świętowaliśmy w Zakopanem (dwa pierwsze roczniki) owo lecie Wydziału Organizacji i Zarządzania Przemysłem. Oj było śmiechu, wina i tańców. Z tej okazji napisałem kilka utworów, którymi rozpoczęliśmy wieczorne spotkanie.

Wodzirej - otwierając Akademię:

Drogie Absolwentki i Absolwenci.
Wy normalni i Wy - pierdolnięci.
Wy - opiekunowie tych roczników,
Kiedyś młodych, a teraz - tetryków.
By przekazać akademii rację,
Wzorem wieszcza Adama,
Wygłoszę teraz krótką inwokację.

O roku ów! Kto cię przeżył na naszym wydziale!
Nam, pierwszym rocznikom, przewija się stale.
Chwyciło maturzystów serca z wiosny słońcem
Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem,
Jakieś oczekiwanie tęskne i radosne,
Gdy otwarcie OZetPe zgłoszono na wiosnę.
Ogłoszono, a był to rok siedemdziesiąty czwarty,
Że nowy kierunek studiowania warty.
Więc ruszyli gwarnym, kolorowym tłumem,
Karierą mamieni, przecież nie rozumem.
Czy wyszli na ludzi? Nie mnie o tym sądzić,
Wszak ludzka to rzecz umieć iść i błądzić.
Było, nie minęło. Minęło, nie było,
Cieszmy się razem każdą wspólną chwilą.
A teraz się bawcie, raduj się, kto może,
A Wydział w opiece racz mieć Panie Boże.


O Ferdynandzie

Przez Planty i Rynek Mały
Zapierdala Ferdynand Wspaniały
Gdzie Pan śpieszy mój Panie?
Organizować Zarządzanie.

Kto na to pójdzie?
Stuknij się Pan w głowę.
Znajdę towarzystwo
Studiować gotowe.
Wesołe, rozgarnięte,
Przy tym pilne bardzo,
Będzie się działo!
Nauką też nie wzgardzą.

Czego ich nauczać chcecie?
Wszystkiego po trochu,
Wszystkiego dowoli:
Co Partia i Bóg pozwoli.
Bo nie zawadzi dawać,
jak uczył Siwiec Marek,
Panu Bogu świeczkę,
a Partii ogarek.


O opiekunach

Władek, ach Władek!
Niejedna wzdychała skrycie,
Na jawie, we śnie, o świcie.
Lecz Władek
Ekonomiką natchniony,
Centralizmu demokratycznego
pożądał, nie - żony.


Ryszard w Człopie
szczęście miał niewysłowione:
Inni w kapuście znajdują dzieci,
On - w ziemniakach żonę.


35 studentek na 35-lecie PRL
(na melodię: Wszystkie rybki)

Pytała studentka
Wieśka prodziekana,
Czy lepiej wieczorem,
Czy lepiej jest z rana.

Dobrze jest wieczorem,
By się dobrze spało.
I dobrze jest z rana,
By się pamiętało.

Naiwna studentka
O nauce myślała.
Wiesiuńkowi w głowie
Inna myśl świtała.

Odwiedzić Babilon,
Dziewczę zbałamucić.
Wódeczki się napić,
Stosunków nauczyć.

Partyjny przodownik,
Pan nad wszystkie pany.
Wciąż nienasycony,
I wciąż - zakochany.


Trzej panowie KLM

Nastawił Andrzej winko w ogrodzie,
Chodził to wino doglądać co dzień.
Dojrzało wino, Andrzejek zerka,
Spożyć by winko z kawałkiem serka!
Więc ciągnie winko Andrzej niebożę,
Ciągnie i ciągnie, i ściągnąć nie może!

Zawołał Andrzej Rysia na pomoc:
"Ja ściągnę wino, ty się nie pomocz!"
I biedny Andrzej z Ryśkiem niebogą
Ciągną i ciągną, i ściągnąć nie mogą!
Ryś za Andrzeja,
Andy za rurkę,
Oj, przydałby się ktoś na podpórkę!

Przyleciał Adaś, Rysia się złapał,
Poci się, stęka, aż się zasapał!
Adaś za Rysia,
Ryś za Andrzeja,
Andy za rurkę,
Oj, przydałby się ktoś na podpórkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, i ściągnąć nie mogą!

Skakała drogą zielona żabka,
Wprost na Adasia - rzadka to gratka!
Andy za rurkę,
Ryś za Andrzeja,
Żabka za Rysia,
A na przyczepkę
Adaś za żabkę,
Bo na to winko
Wielką miał chrapkę.

Tak się zawzięli, tak się nadęli,
Że nagle winko, trrrach!! - i ściągnęli!
Aż wstyd powiedzieć, co było dalej!
Wszyscy wołali: dawaj mi, nalej.

Pili tak ciągle aż do niedzieli,
Tak się opili, że polecieli:
Andy na Rysia,
Ryś na Adasia,
Adaś na żabkę,
I na ostatku
Żabka na trawkę.

Morał wam z tego taki opowiem:
Nie pij z żabką, bo to niezdrowe!


Prodziekani

Prodziekan mo klawe życie
Oraz wyżywienie klawe,
Przede wszystkim już o świcie,
Ania niesie świeżą kawę.

A do tego stos ciasteczek,
Które zeżre na śniadanie.
Gdy zaś wybije dziesiąta,
Zaczyna urzędowanie.

Tego skreśli, temu przyzna,
Z tą wypije drugą kawę,
Porozmawia jak mężczyzna,
Umówi się na zabawę.

Po południu Bolek przyjdzie,
Staszek, Andrzej oraz Jarek.
Piwo, wódka, wino, koniak,
Klawo jest mieć pełny barek.

Wieczór minął, gwiazdy świecą,
Pora zbierać się do wyjścia,
Dobrze jest być prodziekanem,
Choć to tyran i krwiopijca.


Na wielu

Mam dwie rączki,
Rączki małe,
Do roboty doskonałe.

Codziennie odwalam
Wszak roboty masę,
Aż się sobie dziwię
I zapłaczę czasem.

Przeczytać Krakowską,
Zjeść śniadanie całe,
A przecież do tego
Tylko... rączki małe.

Maleńkie rączęta
W słońcu czy ulewę,
Od roboty stronią,
Wszak obie są... lewe.


Profesor od matematyki

Czy prostą oznaczam,
Równanie znajduję.
Pierwiastki wyznaczam,
Czy pole całkuję.

Zawsze ten sam wynik
Mi ciągle wychodzi:
Goła, zdrowa dupa,
Wśród włosów powodzi.

Cyc jak kula wielki.
Talia czyli wcięcie,
Tak zaokrąglone,
Jak krzywej przegięcie.

A między udami:
Studenci się dziwią,
Dwie jędrne elipsy,
Złączone cięciwą.

Lecz wciąż straszna myśl
Nie daje spać taka:
Kurwa, kto ma mo
jego Musielaka?!


Wodzirej:

Zamykamy akademię,
Która brzmiała takim tonem:
Kto się z siebie śmiać nie umie,
Sakramenckim jest bufonem!

Bolechowice, maj 2014