Krwawe popołudnie w wiejskim młynie

Orkiestra rżnęła, co się zowie: oberki, kujawiaki, polki, walczyki, mijane, krzesane, jakieś nieznane kompozycje i wszystkim znane melodie. Czterech grajków: saksofonista, skrzypek, gitarzysta i pałkarz, a zdawało się, że brzmi niemal orkiestra symfoniczna. Dobrze grali, a – stali i niestali – bywalcy dobrze się bawili. Wiejskie zabawy zazwyczaj są udane, o ile tylko nie dochodzi do jakichś sztachetowych rozrachunków – nic tu takiego nie groziło: bawiono się w swoim gronie, grali swoi, i tańczyli swoi.

Hejże tam na bezkurcyi
diabeł babe wzioł do skrzyni
a ona w te wszytkie głosy
nie doł rady posed w prosy
hej

Mógł się podobać: pociągła twarz i kruczoczarne włosy niejednej zawróciły w głowie. Ale dzisiaj nie damskie podboje były mu w głowie.
– Tańczysz czy tylko ściany podpierasz? – usłyszał nieoczekiwanie, gdy zagryzał kęs wiejskiego chleba z wiejskim smalcem. Smakował wybornie, a tu takie niestosowne pytanie.
– Uuhmmm – wymruczał, co zostało zinterpretowane jako prawie entuzjastyczne zaproszenie do walczyka.

Wzięty za rękę nie miał wyboru – trza było wziąć w obroty niespodziewaną partnerkę, może nie taką całkiem niespodziewaną: kiedyś, coś zdarzyło się nad wiejskim stawem. Tańczył bez nadmiernego zapału, choć dziewczyna była piękna i wciąż chętna: krągłe piersi, nadspodziewanie dobre perfumy, zamglone oczy.
Gdy skończył się walczykowy kawałek, skłonił się uprzejmie, odprowadził do stolika, i tyle go widzieli. Wymknął się zgrabnie i niespodziewanie, niemalże po angielsku. Bo przecież od wielu dni inną miał w głowie, inną i cudowną. Wsiadł na swój mocno sfatygowany rower, i pomknął – bez wieś – do starego młyna. Jeszcze była młoda godzina, choć miało się ku spokojnemu wieczorowi.

Jechał – śpiesznie, nieśpiesznie (a raczej tak mu się zdawało: zawsze pęd do ukochanych jest większy niż przeciętny) – kręcąc wysłużonymi pedałami, i śpiewał na całe gardło pod roześmianym nosem:

Moja cudna dziewczyna
Ma delikatne dłonie.
Dłonie cudnej dziewczyny,
Aksamit na moje skronie.

Delikatne są jej dłonie:
One jak przytulny szept.
Co dzień wyrabiają ciasto
Na powszednie bułki i chleb.

Obłoki nad nim, gdy jechał, nie były zwyczajne: różowe? czerwone może? Raczej fiolet wpadający w szarość jej zmęczonych oczu. Jechał wytrwale, w rytmie zmieniających się kolorów. Zdyszany dojechał do młyna – a piękny był to młyn: w łagodnej dolince, nad wartkim potokiem, tuż za wsią, ale nie znowu tak od niej daleko. A przy nim mała piekarnia, w której Maria piekła ciepłe chleby i bułki dla całej wsi. Bo Maria, ech, Maria…i jej ciepłe dłonie…

Płot, otaczający młyn, nie był szczelny – zresztą, po co miałby być szczelny? – tu i ówdzie gałęzie bzu i jaśminu łatały dziury nieszczelnego ogrodzenia. Wyglądnął ostrożnie zza zielonej barykady: Jasiu – jej synek – próbował jeździć na dziecinnym rowerku, i nawet nieźle mu szło. Dwa, może trzy albo cztery razy upadł w mięsiste błoto zewsząd otaczające domostwo, ale zaśmiewał się radośnie i próbował dalej. Odważnie wjechał na podwórko, kręcił ósemki i inne takie, a Jasiu – wrzeszcząc wniebogłosy – podążał za nim jak cień. W końcu zmęczony dzieciak zaległ w bujnej trawie obok brzozowego młodnika i zasnął sprawiedliwym snem.

Drabina jak zwykle leżała przy zmurszałej ścianie: kilkanaście szczebli, gdzie jej tam do Jakubowej. Ale jej widok, jak zwykle, go ucieszył. Bo szczeble wiodły do o wiele piękniejszego nieba niż ta Jakubowa. Przyłożył do ściany, wspiął się zwinnie i – otworzywszy niedomknięte okno – znalazł się na znajomym półpiętrze. Wiedział, że Maria będzie już na niego czekać, więc – by nie tracić czasu – jął w pośpiechu ściągać odzienie.

Trzymając w garści zwinięte spodnie, uchylił lekko skrzypiące drzwi. Niespodzianka: na sienniku, obok namiętnego łóżka, spoczywała babcia Zofia, teściowa Marysi. Zawsze krzątała się na dole, stąd ta drabina, a tu masz. Na dźwięk skrzypnięcia odrzwi i widok półnagiego mężczyzny przypomniały się jej dawne lata, więc zaczęła rozpinać to i owo:

– Coś ty taki prędki? A juści, wyście zawse takie prędkie, bezkurcyje!
– Babciu, nie teraz, nie teraz – Marysia błagalnie wychynęła zza łóżka. – Idź zobacz, co z Jasiem.

Babcia Zosia, pomrukując pod nosem o wnuczkach zawsze nie w porę, powoli zeszła na podwórko.

***

Była może nawet piękniejsza i niezwyklejsza niż zwykle: krągłe piersi, delikatne dłonie, zamglone oczy i usta pełne niezapomnianych słów. Nie pozostawał dłużny – może poza tymi krągłymi piersiami.

Kochali się nadzwyczaj czule i namiętnie, chociaż z konieczności szybko i nietrwale: pojedynek na usta i języki nie został ostatecznie rozstrzygnięty, choć usta rozgrzały się do czerwoności. Usta twe czerwone i dzińdzibołek mój purpurowy. Po wszystkim – na krótko, na bardzo krótko – zasnęli.

– Tata, tata! – obudził ich radosny krzyk Jasia. Widać Marcin, ojciec i mąż, wrócił wcześniej, niż się spodziewali z łąki nad Sołą, gdzie pojechał po trawę dla dwóch krów i jednego cielaka.

Ubrał się błyskawicznie, pocałunkiem musnął jej rozgrzany policzek, i przepadł za oknem. Położył drabinę przy murze, ostrożnie wyglądnął zza rogu – nie, nie sposób było dostać się do ukrytego roweru: Marcin bawił się z Jasiem w berka, a wesołe okrzyki wskazywały, że dobra to była zabawa. Ukrył się tedy za niskim płotkiem, obrośniętym bluszczem, otaczającym młyn od północnej strony.

Nagle wszystko ucichło i zamarło. Zerknął ostrożnie: Jakub gapił się na rower ukryty, nie dość dobrze – jak się okazało – wśród zarośli obok stajni. Po chwili otrząsnął się i zaczął bacznie rozglądać się po gospodarstwie: spenetrował stodołę, wbiegł do młyna, wpadł do piekarenki, ale tam zastał zdziwioną Marysię zabierającą się do wyrabiania ciasta, i znów do stodoły, jakby w sąsieku spodziewał się znaleźć ukrytego bezecnika. Nie znalazł, pobiegł więc do szopy, skąd wypadł z obłędem w oczach i z siekierą w ręku: zazdrość to okrutne uczucie. Jak w amoku przetrząsał różne zakątki gospodarstwa, nie bacząc na przerażone spojrzenia Jasia i łzy w oczach Marii.

W końcu Marcin ruszył ku północnemu ogrodzeniu.
Uciec, to pogrążyć tę Cudowną. Nie ruszać się, to nie wiadomo, na co się pisać. Wstać i bić się – to samo, no i co ludzie powiedzą. Zamarł bez sił i uczuć. A Marcin był coraz bliżej.

Młynarz dostrzegł niepozorny ruch za północnym płotem, zamachnął się i trafił prosto między oczy. Krew oblepiła ostrze i kawałek trzonka.

Żył. Ostrożnie otworzył oczy: może metr po prawej stronie, za załomem ogrodzenia, leżał we krwi Michaś – wsiowy głupek, głupek-podglądacz. Nad nim stał Marcin i płakał, a skrwawiona siekiera wypadła mu z rąk.

***

Wracał do wsi nieśpiesznie i bezsilnie: pedały stawiały zaciekły opór, a może to zesztywniałe mięśnie nóg nie dawały rady. Już nie był pogodnym młodzieńcem o kruczoczarnych włosach – dyszał wylękniony, a siwiznę rozwiewał wieczorny wiatr. Od remizy, w której kończyła się wiejska zabawa, niosła się nieznana melodia:

Marcin, dobry młynarz,
To chłopak morowy.
Zamienia ziarno w mąkę,
Do pracy gotowy.
Oj dana, dana

Wraca zmęczony
Pamiętnego dnia,
A żona niewdzięczna
Pretensje wciąż ma.

Jakie ja mam życie
Przy takim facecie?
Ciąglem zarobiona,
Najbardziej na świecie!

Czy to słyszycie
Kumy i kumowie?
Zwariowała baba,
Muchy jej w głowie!

I po nóż sięga,
Co wisiał u progu.
Wyzywa, drwi, szydzi,
Odgraża się Bogu.

W jej gardle nóż
Po rękojeść tkwi.
Nie żyje ona już,
Kona w strudze krwi.

Nie trzeba Ci było
Marcina tak wnerwiać:
Samaś sobie winna,
Kobieto niewierna.

Oj dana


Bolechowice, sierpień 2021